Dwudziesty trzeci notatnik nie mieści już tych moich powątpiewań i dwuwartościowości. W ramach odciążenia, zamierzam zawiesić parę słów w tej internetowej, anonimowej chmurze. Nocą oddałam się jednym z moich ulubionych zajęć, to jest tłumaczyłam słowa napotkane w literaturze czy zasłyszane w obcych wypowiedziach, które pięknie brzmią i chciałabym je włączyć do swojego słownika. Defetyzm. To inaczej niewiara w powodzenie spraw, przewidywanie klęski, porażki. Zatrzymałam się chwilę na badaniu tego słowa, zastanawiałam się, czy jest mi bliskie, czy jednak odległe. Wydawało mi się, że raczej to drugie - ustaliłam to z pewną ulgą. Zawsze miałam w sobie niezrozumiałą wiarę w powodzenie i dobre zakończenia, nawet jeśli miały być poprzedzone trudnymi wydarzeniami. Ja i tak cierpliwie wyczekiwałam pokrzepiającego obrotu spraw, z tym że takim też dla mnie była sama nauka płynąca z nieudanej sytuacji. Wciąż zadziwia mnie ta jasna plama w myśleniu o życiu jako raczej smutnawym i bolesnym doświadczeniu, na które godzę się z dużym szacunkiem odkąd pamiętam. Ale wróćmy do teraz.
Krwawię już drugi raz i nie wiem, co o tym myśleć. Nie wiem, czy to chroniące mnie mechanizmy obronne czy moja pokorna acz zimna krew, ale nie panikuję. Nie widzę czarnego końca dla tego scenariusza. Naiwnie? Nonszalancko? Może jestem lekkoduchem (nie przejdzie mi to przez gardło)! Pokrzepia mnie ten spokój, choć nie wiem skąd pochodzi. Natura nie przestaje mnie zadziwiać, zarazem bardzo jej ufam. Myślę, że opuści mnie tylko to, co nie miałoby szansy przetrwać w moim ciele, bądź poza nim. Tylko, że ja czuję, że w moim podbrzuszu rozgaszcza się komandos, siłacz jak ja, z tym że ja nie będę tego od niego oczekiwać swoją nieobecnością.
W obliczu tej sytuacji przepełnia mnie niezadowoleniem myśl, że wszystkie wydarzenia jutra mnie omijają i wiem to już dziś. Chciałabym trochę znowu pożyć. Choć moje ciało jest wycieńczone tą rewolucją, wyglądam na wypoczętą - nie pamiętam kiedy usłyszałam taki komplement. Planowałam dzisiaj udać się do Stacji Orunia, w której zawsze jest jakoś magicznie i kameralnie. Chciałam zasłuchać się w trójmiejskiej poezji i poobserwować niepokojące wizualizacje. Czuję się kulturalnie wykluczona. Wrzesień i październik były pod znakiem wiru pracy i nauki, a w listopadzie zapadłam się w łóżko i przysypana wilgotną ziemią zaczynam zapuszczać korzenie. Na wiosnę może zakwitnę, a teraz niekiedy szepczę sobie, że chciałabym umrzeć.
Trochę schyłku tego lata we Wrzeszczu. Wspaniale się tu mieszka. Przycumowałam.














Komentarze
Prześlij komentarz