Przychodzą czasami te wyraźne stany świadomości, gdy jestem dokładnie tu i dokładnie teraz. Gdy wiem, co nadchodzi. Potem tracę tę ostrość, wszystko się rozmiękcza a ja znowu bujam się gdzieś pomiędzy, nieświadoma jak dziecię, świat widzę przez powieki.
Dzisiaj przez chwilę wiedziałam, naprawdę wiedziałam, że będę matką. Poczułam siłę w postawie i oblał mnie spokój. Cztery miesiące zamieniły się w prawdziwe dni, po których zamieszka z nami krucha istota. W sklepie trzymałam w dłoniach produkt, który odpowiada 350 gramom. To tyle waży tlące się we mnie życie, ta ogromna odpowiedzialność i zarazem największa przygoda mojego życia. Ten ciężar jest już całkiem realny, a mój kredens zaczynają wypełniać obszyte przeze mnie materiały w kształcie małego człowieczka. To szycie to moja medytacja, która zbliża mnie do naszego spotkania.
Miewam dni, gdy przeszywają mnie wątpliwości. Strachy. Włącza się moja zapisana w tkankach neurotyczność i pozwala przez chwilę poszaleć wyobraźni. Wątpię przede wszystkim w siebie. Jestem wtedy mistrzynią kreowania przeszkód. Na szczęście to tylko krótkie momenty, które rażą jak prądem i wybudzają mnie w lekkiego półsnu. W nim pływam w bezkresnym morzu możliwości, gdzie niewiele rzeczy jawi mi się jako problematyczne, czy ograniczające. Czuję, że mam wręcz w sobie dużo luzu jeśli chodzi o wychowanie dziecka i życie z nim. Towarzyszy mi od lat najwspanialszy w kompanów, companero z którym można wszystko. Można zdobywać i przegrywać, gubić się i błądzić. Można nawet trwać w zawieszeniu przez chwilę, a potem rzucić się z klifu do najgłębszej z wód. Jakkolwiek będzie, będzie dobrze, po prostu.



Komentarze
Prześlij komentarz