Najgorzej jest zacząć wpis od rozliczenia siebie z nieobecności. Nie było mnie tutaj, nie było tego czasu, to jakaś czarna ssąca mnie dziura. Tracę chronologię, jak i chęć nadrobienia tej luki. Ostatni czas to była jedna z najdziwniejszych moich podróży. Podeszłam do krawędzi i zobaczyłam gdzie kończy się świat. Staram się zrozumieć to doświadczenie, jednak czuję się na to zbyt maluczka. Przypomina mi się to głuche i tępe uczucie, gdy nic nie ma znaczenia. Jesteś jak wydmuszka. Przecinasz nocą miasto i szarpiesz kierownicę z miejsca pasażera licząc że w końcu coś się wydarzy. Panuje we mnie zima stulecia. Próbuję przetrwać zamiast czekać na wiosnę. Pełna mobilizacja, panowie.
Mam 30 lat, otarłam się o paskudną wizję swojego życia, gdy zeszłej jesieni dopatrywano się u mnie nowotworu. Żyję. Ulga. Jednak nic już nie jest takie samo. Ja nie jestem lekka i zabawna, tylko męczy mnie wesołe towarzystwo, wycofuję się, chowam. Wychodzę już nawet w pojedynkę. Moje żarty są podszyte złością i kpiną. Potem wisienka na torcie - jestem niepłodna moi mili. Żadnego Franka nie będzie, nawet to imię mnie odrzuca. Niepłodność to choroba, a ja jako psycholog tego nie wiedziałam. Ma swoje następstwa psychologiczne - zmienia się wszystko. To, jak o sobie myślimy, co przeżywamy, jak się zachowujemy, jak wygląda nasz związek i bycie wśród ludzi. Jest mi cholernie smutno, bo czuję, że coś ważnego mnie omija i nie ma na to sposobu. Te wszystkie głodne kawałki to ułuda, której ja nie przyjmuję. Boję się samotności, wypadnięcia z grupy. Już teraz nikt nie wie, jak z nami rozmawiać, a nas nie zajmuje chwilowo nic innego, jak niemożność stworzenia rodziny. Nie poradziłam sobie z tym, że mogłam mieć chłoniaka i skrócić swoje życie do 2 lat, a tu kolejna dawka dramatu. Nie będę mamą tak jak sobie to wyobrażałam. To nie minie. Po prostu - to ja i tak wygląda moje życie.
Nie będę tego redagować, by było ładne i zjadliwe, bo ja taka nie jestem. Jestem bylejaka i jest mi trudno, więc niech ktoś do cholery wysili się, by to przeczytać.
Mam 30 lat, otarłam się o paskudną wizję swojego życia, gdy zeszłej jesieni dopatrywano się u mnie nowotworu. Żyję. Ulga. Jednak nic już nie jest takie samo. Ja nie jestem lekka i zabawna, tylko męczy mnie wesołe towarzystwo, wycofuję się, chowam. Wychodzę już nawet w pojedynkę. Moje żarty są podszyte złością i kpiną. Potem wisienka na torcie - jestem niepłodna moi mili. Żadnego Franka nie będzie, nawet to imię mnie odrzuca. Niepłodność to choroba, a ja jako psycholog tego nie wiedziałam. Ma swoje następstwa psychologiczne - zmienia się wszystko. To, jak o sobie myślimy, co przeżywamy, jak się zachowujemy, jak wygląda nasz związek i bycie wśród ludzi. Jest mi cholernie smutno, bo czuję, że coś ważnego mnie omija i nie ma na to sposobu. Te wszystkie głodne kawałki to ułuda, której ja nie przyjmuję. Boję się samotności, wypadnięcia z grupy. Już teraz nikt nie wie, jak z nami rozmawiać, a nas nie zajmuje chwilowo nic innego, jak niemożność stworzenia rodziny. Nie poradziłam sobie z tym, że mogłam mieć chłoniaka i skrócić swoje życie do 2 lat, a tu kolejna dawka dramatu. Nie będę mamą tak jak sobie to wyobrażałam. To nie minie. Po prostu - to ja i tak wygląda moje życie.
Nie będę tego redagować, by było ładne i zjadliwe, bo ja taka nie jestem. Jestem bylejaka i jest mi trudno, więc niech ktoś do cholery wysili się, by to przeczytać.
Komentarze
Prześlij komentarz