Bieszczady to jedno z najdroższych mi miejsc, choć nie znam ich szczególnie głęboko. To jedna z tych niezwyczajnych krain poza czasem i presją. Trochę przypadkowo i nieplanowanie znów się tam znalazłam. Podobno weselić się a może tylko po to, aby dokończyć książkę, którą zaczęłam tam czytać dwa długie lata temu. Koleś i Mistrz Zen towarzyszyli mi swoimi rozmowami przez parę dni zmiennej pogody w drodze, na hamaku, nad górskim jeziorem. Gdy czytałam to o te dwie wiosny młodsza większość tamtejszych myśli była dla mnie zaskakująca, świeża i odkrywcza. Dzisiaj wypowiadałam je jako moje - te o zaprzyjaźnieniu się ze sobą, akceptacji tego, co nas otacza, improwizowaniu z rzeczywistością, współczuciu sobie i innym oraz odpuszczaniu, przeczekiwaniu i cierpliwości. POKORA, to niegdyś obce słowo.
Nawet nie wiem jak to się stało, że się tak zmieniłam. Podejrzewam, że to we mnie pęczniało i tworzyło się powoli i konsekwentnie. To zbiór zdarzeń, które się we mnie odbiły, ludzi, których spotkałam na swojej drodze, myśli, które odważyły się zakiełkować w moim umyśle. Próbuję to odkopać, ponazywać, ale tego chyba jest zbyt wiele. Mam tylko poklatkowane wspomnienia, jak rozmowa z terapeutą łódzkiej placówki o tym, że zawsze żyłam w większej masie społecznej, gdy brakowało mi rodzinnej komórki, odbycie stażu pewnego oślepiającego lata w ośrodku wśród łąk i pól oraz oczarowanie duchem społeczności, która żyje niczym hipisowska komuna, też rozmowy o mniej i bardziej ważnych sprawach z tymi wszystkimi polepionymi ludźmi błąkającymi się w życiu, idąc dalej: natknięcie się na amerykańską drogę do oświecenia, trafienie do górskiej wioski Druzów i izraelskich kibuców, zakochanie się w Łodzi industrialną miłością, złożenie ślubów szlachetnego milczenia i nauka vipassany, wyprawa przez Rumunię i zagubienie się w festiwalowym pustostanie po potędze Caucesco - pośród gór, dzikich koni i czarnej wody jeziora. To pewnie tylko punkty w historii, pozbawione chronologii, ale newralgiczne dla tego procesu.
Dodałabym też cały czas "wygnania", bo tak postrzegałam dwuletnie mieszkanie na Kaszubach i szukanie siebie pośród tej zieleni, osamotnionych domków w głębi lasu i polnej pustce, czy starych mebli zapełnionych po brzegi komisów. To bardzo nauczyło mnie pokory. Tego, że na pewne rzeczy trzeba czekać, a pośpiech tylko gubi i oszukuje a i tak chodzimy wciąż głodni, nienasyceni. Bardziej też zaufałam sobie w aspekcie samodzielności. Jestem zdania, że wszędzie sobie poradzę, że nie ma miejsca na globie, gdzie bym się nie odnalazła i nie wiedziała, co zrobić. Tego nauczyły mnie liczne tułaczki i podróże autostopem przez Bałkany, rok w rok, a potem mieszkanie w Katalonii. Wszędzie znajdzie się dobrych, ciepłych ludzi, którzy chętnie podejdą z Tobą kawałek przez życie - pod rękę, czy ramię w ramię.
Tego jest tyle, że nie jestem w stanie tego spisać. A chciałabym zaznaczyć każde z doświadczeń, aby podziękować mu osobiście. To dzięki nim dzisiaj potrafię się zatrzymać, porozmawiać ze sobą, zatroszczyć się o mnie. I jestem zadowolona z tego, co jest. Zauważyłam, że nawet jak coś planuję i się to spektakularnie nie uda, to się nie złoszczę ani nie frustruję. Od razu widzę wartość w tym nowym rozwiązaniu, w tej innej opcji, wyszukuję dobro i akomoduję się. Albo czekam. Kiedyś było tak, że zawsze miałam to co chciałam, czasami wystarczyło przeczekać. Dziś wiem że to co jest, to najlepsza wersja tego co być miało i po prostu z niej korzystam. Lepiej się ze sobą żyje, po prostu. I najzabawniejsze jest to, że nie o tym pisać dzisiaj chciałam, ale tak też jest dobrze. Najwidoczniej bardzo chciałam o tym komuś powiedzieć.
Dodałabym też cały czas "wygnania", bo tak postrzegałam dwuletnie mieszkanie na Kaszubach i szukanie siebie pośród tej zieleni, osamotnionych domków w głębi lasu i polnej pustce, czy starych mebli zapełnionych po brzegi komisów. To bardzo nauczyło mnie pokory. Tego, że na pewne rzeczy trzeba czekać, a pośpiech tylko gubi i oszukuje a i tak chodzimy wciąż głodni, nienasyceni. Bardziej też zaufałam sobie w aspekcie samodzielności. Jestem zdania, że wszędzie sobie poradzę, że nie ma miejsca na globie, gdzie bym się nie odnalazła i nie wiedziała, co zrobić. Tego nauczyły mnie liczne tułaczki i podróże autostopem przez Bałkany, rok w rok, a potem mieszkanie w Katalonii. Wszędzie znajdzie się dobrych, ciepłych ludzi, którzy chętnie podejdą z Tobą kawałek przez życie - pod rękę, czy ramię w ramię.
Tego jest tyle, że nie jestem w stanie tego spisać. A chciałabym zaznaczyć każde z doświadczeń, aby podziękować mu osobiście. To dzięki nim dzisiaj potrafię się zatrzymać, porozmawiać ze sobą, zatroszczyć się o mnie. I jestem zadowolona z tego, co jest. Zauważyłam, że nawet jak coś planuję i się to spektakularnie nie uda, to się nie złoszczę ani nie frustruję. Od razu widzę wartość w tym nowym rozwiązaniu, w tej innej opcji, wyszukuję dobro i akomoduję się. Albo czekam. Kiedyś było tak, że zawsze miałam to co chciałam, czasami wystarczyło przeczekać. Dziś wiem że to co jest, to najlepsza wersja tego co być miało i po prostu z niej korzystam. Lepiej się ze sobą żyje, po prostu. I najzabawniejsze jest to, że nie o tym pisać dzisiaj chciałam, ale tak też jest dobrze. Najwidoczniej bardzo chciałam o tym komuś powiedzieć.
Komentarze
Prześlij komentarz